Aktualna pozycja

niedziela, 25 grudnia 2016

varanasi takie jest...



"miej oczy szeroko otwarte" - powiedział to facet w moim wieku patrząc mi w oczy z lekkim uśmiechem, świetnym angielskim i brytyjskim akcentem. Wszystko to miałoby jakiś sens gdybym był w Londynie a nie stal w korku ludzkim na ulicy w varanasi, na dodatek bylem godzinę po bhang lassi co powodowało ze nie bylem do końca pewny czemu stoję w tym korku, czy na pewno stoję, kto do mnie mówi i czy na pewno mówi. Jednego bylem pewny, nie ma szans żeby w Indiach ktoś do mnie mówił takim angielskim!

Tak szybko jak się pojawił ten tajemniczy chłopak z brytyjskim akcentem tak szybko wyparował a ja stałem nadal trzymając skuter z tylna obudowę. Szybka weryfikacji rzeczywistości - czemu ja tu w ogóle stoję. Wiec ruszyłem przed siebie przepychając ludzi z mojego ludzkiego korka. Na ulicach w Indiach jest wielki bałagan wiec czasami robią się zatory z ludzi czy to był taki zator czy tez ja po prostu się zatrzymałem tego nie wiem bo bhang nie pozwolił mi tego ustalić.

Bhang to haszysz/marihuana która dość powszechnie i z uwielbieniem spożywa się w Indiach, teoretycznie nie jest to legalne ale sa miejsca w ktorych jest. Shiva lubi bhang, hindi lubi bhang, każdy w Indiach lubi bhang. Myślę ze to coś w stylu "bhang bhang kto nie pije kto nie pije ten w policji" :D

Bhang mozna przyjąć w rożnej formie, mi się trafiła zielona breja która wyglądała jak olej wymieszany wodorostami. W moim przypadku było to lassi bhang wiec lassi z ta sympatyczna breja. Zeby wypić ta breje z jogurtem bylem w blue lassi, lokal powszechnie znany w varanasi, trochę na zadupiu, trochę ciężko znaleźć ale każdy wie gdzie jest. W blue lassi ponoć można zamówić to legalnie i jest OK ale gdy już dostałem moje lassi sprzedawca poprosił żeby nie wrzucał fotek do internetu, czemu ? nie wiem.



Siedziałem w małym lokaliku w którym były setki zdjęć innych ludzi którzy wcześniej pili tu lassi.
Blue lassi jest obok ghatow, obok ghatow na których pali się zwłoki. Jest o tyle ciekawe ze pijać lassi z haszyszem, patrząc na setki zdjęć rożnych ludzi po uliczce przed lokalem co chwile idą pogrzeby. Taka dziwaczna sytuacja siedzisz pijesz haszysz a obok zasuwa pogrzeb, dodawało to trochę magii.

Troche bo odpowiednia ilość była już w lassi. Zamówiłem wersje LIGHT, na szczęście sprzedawca jest zorientowany ze warto zapytać czy próbujesz 1 raz czy może palisz czy może jesteś drug junkie. Po krótkich ustaleniach wyszło ze najlepiej będzie gdy zamówię light. Od razu dodam ze moje lajt zmiatło moja percepcje z powierzchni ziemi.

No wiec mam to moje lajt lassi bhang, zajadam się bo ładne takie, atrakcyjne wizualnie, zielonkawe gdy pomieszać. Takie prawie norm lane a jednak tak bardzo nie. Dostałem mała łyżeczkę wiec łyżeczka po lyzezczce sie zajadam, im głębiej tym bardziej zielono. Duzo bhang, hindu nie oszukał :) Jedna łyżeczka, jeden pogrzeb, druga łyżeczka drugi pogrzeb. Tak wyłyżeczkowałem 7/8 mojego naczynka i postanowiłem ze to wystarczająca ilość, ostatnie zielone gluty zostawiłem myśląc zapobiegawczo "a może to będzie za duzo".


Do wyboru byly 3 wersje light, normal, strong. Jak ja się ciesze ze wybrałem light i nie zjadłem końcówki ;)

Varanasi takie jest ze łatwo nie odpuszcza, mnie tez nie odpuściło i przeżyłem najcięższy trip życia. Trwal około 6h a może i dłużej ale po 6h położyłem się spać.

Wszystko zaczęło się jak wróciliśmy do hostelu po drodze z blue lassi poczułem się powiedzmy jak po 2 piwach ale sytuacja była zupełnie pod kontrola. W hotelu wydawało mi się ze jest ok ale w sumie nie pamiętam co się tam działo. Po wyjściu varanasi zmieniło się zupełnie...

Calkiem przyjemna ciemna uliczka nagle stała się dość mroczna ale powtarzałem sobie "spoko wiem gdzie jestem", w tym momencie nawet się zachwycałem tym jak bardzo poziom egzotyki mi podskoczył. Pierwszy problem pojawił się gdy trzeba było przejść przez ulice, co na trzeźwo wychodziło mi już całkiem dobrze, znalem triki z wystawianiem reki aby zatrzymać samochody. Po bhang cala ta misterna sztuka okazała się ponad moje siły, aby przejść przez ulice musiałem podjąć karkołomna decyzje "a dobra idę". Własnie tak znalazłem się w korku ludzkim trzymając się skutera i jakiś gość cos do mnie przemówił, cos żebym miał oczy otwarte. Troche się wtedy przestraszyłem bo moja trzeźwa cześć podpowiadała mi ze cos tu nie gra, ale uznałem ze się trochę zakręciłem na ulicy i jak wejdę na ghaty gdzie jest spokojnie od razu wrócę do normy.
To był duzy błąd w planowaniu :)



Ghaty już trochę znalem, ciężko eis tam zgubić albo się idzie w jedna albo w druga. W jedna stronę to do miejsca gdzie pala zwłoki a w druga to do assi ghat czyli obok hostelu. Proste i przejrzyste. Nie po bhang :D

Ghaty maja to do siebie ze głownie są zbudowane ze schodów, w rożne strony, głownie w kierunku Gangesu ale żeby iść wzdłuż trzeba chodzić od góry do dołu. Na trzeźwo nie ma z tym najmniejszego problemu to zwykle schody, po bhang ghaty wydawały mi się skomplikowanym labiryntem który dało się przejść ale wymagało to ode mnie dużej uwagi i ostrożności. Wydawało mi się ze jak wybiorę zła drogę to spadnę, nie miałem czasu myśleć o tym gdzie spadnę bo bylem taki zabsorbowany szukaniem drogi. Jakos to szlo lepiej lub gorzej ale idę. Nagle poczułem ze cały mój świat wykrzywia się delikt anie w stronę Gangesu. To taka sytuacja w której jesteś świadomy wielu spraw np jestem w Indiach, jestem w Varanasi, jestem na ghatach, ghaty od tak nie wykrzywiają się cale, świat od tak nie wykrzywia się, nażarłem się haszyszu to dlatego... jednak żeby iść prosto i nie "spaść do Gangesu" musiałem brać poprawkę na to zakrzywienie. Pomyślałem ze jak wejdę do Gangesu w ubraniu i będę się później tłumaczył się ze naćpałem i mi się rzeczywistość wykrzywiła to będzie bardzo słaba historia, gdy tak analizowałem ta ciężka dla mnie sytuacje krzywizna która mi się świeżo urodziła zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Mały sukcesik już mnie nie ciągnie do Gangesu, shiva dala spoko na chwile :)

Cel spaceru po ghatach była ceremonia, kolory dźwięki.


Z hindusami jest taki problem ze gdy mówią w swoim języku używają dość duzo angielskich slow, mój pokrzywdzony mozg po bhang próbował racjonalizować to co słyszał. Zaczęło się grubym wejściem od gościa który mówił żebym miał oczy szeroko otwarte, wydaje mi się ze on nie mówił w ogóle po angielsku ale ja usłyszałem już angielski :) Później posypało się jak domino, wszystkie rozmowy hindusów po hindusku słyszałem w języku angielski. Ich pojedyncze angielskie słowa mój mozg układał w cale barwne zdania. Na początku bylem zdziwiony, później próbowałem to ignorować ale ciężko ignorować gdy wszyscy do ciebie cos mówią i to rozumiesz.

To był moment w którym byliśmy już na ceremonii, na schodach. Orgia kolorów, dźwięków, ognia, zapachów dość szybko doprowadzali mnie do stanu w którym przestałem to wszystko ogarniać, musiałem ignorować cześć tego co słyszę co widzę bo nie wiedziałem co robić z taka ilością informacji. W tym momencie percepcja zwęziła mi się do wielkości dziurki od klucza. To była już 3h godzina tego tripu i zacząłem się zastanawiać kiedy pojawi się moment w którym zacznie się robić ciut lżej i słabiej. Wpadł mi do głowy pomysł z powrotem do hostelu, szybka analiza gdzie jestem i gdzie chce być.



Jestem w Indiach, w varanasi, na ghatach, na ceremonii, musze iść w stronę assi... zastanowiłem się chwile. Dobra nie mam zielonego pojęcia jak się tam idzie, wiem ze w prawa stronę i wiem ze tam był jakiś wielki pieprzony labirynt który ściągał mnie do Gangesu! Troche spanikowałem :) Druga moja myśl to "czy ja na trzeźwo zastanawiałem się czy znam drogę" w sumie tego na trzeźwo nie ustaliłem, bez takich warunków brzegowych z ta cala rewia kolorów, dźwięków, zapachów i ognia pogubiłem się tam zupełnie. Zgubiłem się zupełnie wiedząc gdzie jestem.


Varanasi takie jest...

W tym całym zamieszaniu w mojej głowie pojawiła się nowa interesująca sprawa, gadający hindusi którzy od dłuższego czasu mówili do mnie tylko po angielsku (mówili w swoim języku i nie do mnie) z akcentem brytyjskim zaczęli mówić ze wiedza ze jestem po bhang.

Tego było już za duzo, znalem ze czas wracać do hotelu bo zaraz mój pokrzywdzony umysł podrzuci mi jakiś lepszy pomysł, cały czas kołatała mi się w głowie myśl "nie wchodź do gangesu!" powrót był nieco mniej widowiskowy. Ghaty dalej były mrocznym labiryntem, postój w sklepie po cole i czipsy przeciągał mi się w nieskończoność. Uważałem ze stoimy w tym sklepie chyba z 20min i czekamy na kogoś i już bylem gotów kogoś upieprzyć ale okazało się ze stoimy tu 30 sek. Dzięki ci bhang za gwałt na poczuciu czasu.

Labirynt na ghatach, ciemna uliczka która teraz dostała +1000 do mroczności, hostel... Troche mi ulżyło, cicho. To była 6h a ja nadal bylem mieciutki jak galaretka.



Podsumowując jeśli nie próbowałeś nigdy marihuany lub haszyszu to bhang to zły pomysł. Pomijam wątpliwa rozrywkowa użyteczność haszyszu, bardziej chodzi o moc, jest cholernie mocne i dziala bardzo dlugo :D

Moje lassi było light, myślę ze gdybym miął normal lub strong ten dzień byłby wielkim koszmarem nie do opanowania, ostatecznie ciesze się ze spróbowałem w takim mieście jak varanasi ale drugi raz bym tego nie powtórzył :)




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza